czwartek, 2 czerwca 2016

Internety pełne buntu


Pierwsze pytanie jakie się nasuwa, to czym w ogóle jest bunt młodych w internecie. Ciężko było nam odpowiedzieć na to pytanie. No bo przeciw czemu się buntują, po co, jak się to przejawia? No i dlaczego akurat w internecie?
Moim zdaniem bunt młodych wcale nie jest powiązany z obecnością w sieci. Kiedy prześledzimy historię młodzi ludzie zawsze buntowali się przeciw panującemu porządkowi. Taka kolej rzeczy. Dzieciom, które obserwują swoich rodziców, zawsze wydaje się, że zrobiły by to lepiej. Zwykle bunt taki jest nieszkodliwy, więcej gadania niż działania. Czasem jednak takie zachowania przeradzają się w poważne rewolucje. Młodzi ludzie widząc świat, ich zdaniem pełen wad, w którym mają spędzić całe życie, potrafią wspólnie przeprowadzić duże, czasem dramatyczne zmiany. Dzięki temu następuje rozwój cywilizacji. Uważamy, że jest to proces, który nas definiuje i nie ma się czemu dziwić. Tak jak my buntowaliśmy przeciwko naszym rodzicą, tak nasze dzieci będą buntować się przeciw nam. Ta złość jest jedną z cech definiującą rodzaj ludzki. Bunt jednak nie objawia się tylko w relacjach rodzic - dziecko. Nie wolno zapominać o przeciwstawianiu się systemowi. Obecnie ciężko by było znaleźć młodego człowieka, który byłby zadowolony z obecnej sytuacji politycznej naszego kraju. Niektórzy wyrażają swoje niezadowolenie w sposób bierny. Jest jednak procent, który buntuje się czynnie. Sam stara się wejść do polityki i zmieniać to co mu się nie podoba. W pewnym momencie “stara gwardia” zostanie zastąpiona przez młodych zbuntowanych, którzy za parę lat też staną się starzy a następne pokolenie będzie się buntować i chcieć ich zastąpić. Taka kolej rzeczy.
Ale co do tego wszystkiego ma internet? Otóż jest idealnym narzędziem, takim jakiego wcześniejsze pokolenia młodych buntowników jeszcze nie miały. Dlaczego? Ponieważ daje on praktycznie bezpośredni dostęp do ogromnej masy ludzi - szczególnie tych młodych, którzy będą w stanie poprzeć nasz bunt. Dzięki sieci młody rebeliant i anarchista jest w stanie zakomunikować swój sprzeciw, i jeśli zrobi to sprytnie i umiejętnie - zostanie zauważony. Dzięki temu, że internet nie jest jeszcze medium tak kontrolowanym jak telewizja czy prasa, dzięki temu, że sieć tworzą pojedyńczy ludzie, gwarantuje on w miarę wolny przepływ informacji. A wolny przepływ informacji prowadzi do większego uświadomienia jednostki. A jak dobrze wiemy, z punktu widzenia władzy uświadomiona jednostka to problematyczna jednostka. Czyli taka, która się buntuje.
Według mnie taka jest różnica pomiędzy buntem kiedyś a dziś. Przed erą internetu młoda jednostka, której nie podobał się system musiała mieć bardzo dużo środków, zaradności i szczęścia, żeby przeforsować swoją ideę. Problematyczne było dotarcie do większej ilości ludzi. Media takie jak telewizja czy radio wcale nie chciały upubliczniać takich treści. Idąc jeszcze dalej, a raczej wcześniej, w czasach kiedy jedynym medium były gołębie pocztowe czy nasze własne gardło, przeforsowanie idei buntowniczych automatycznie wiązało się z prześladowaniami, torturami a nawet śmiercią poprzez spalenie na stosie. Dochodzimy więc do ciekawego wniosku. W ujęciu cywilizacyjnym, im większy rozwój tym większy przepływ informacji, im większy przepływ informacji tym większy rozwój. Dodatkowo można zauważyć, że zależność ta postępuje wykładniczo.
Więc co nas czeka w przyszłości. Czy dzięki szybkiemu rozwojowi przepływu informacji będziemy świadkami coraz większych zmian. Bunt zawsze prowadzi do zmian. Czy są one dobre czy złe, to już oceni historia.

środa, 1 czerwca 2016

Uciekajmy! - reklama

W świecie wszechobecnej reklamy, atakującej nas na każdym kroku, pod każdą możliwą postacią istnieje jakiekolwiek poszanowanie konsumenta? Czy są miejsca, gdzie człowiek może spokojnie usiąść i zrelaksować się, bez stania się celem tysiąca kampanii reklamowych? Oczywiście, że może. Ale tyko w przypadku wylądowania na bezludnej wyspie po traumatycznej katastrofie lotniczej, którą cudem przeżył tylko on. Dzięki temu może znaleźć się w miejscu bez dostępu do internetu, telewizji czy prasy. W inny normalny sposób nie da się tego osiągnąć. Dzieje się tak dlatego, że reklama jest integralną częścią naszej cywilizacji. Popyt rodzi podaż, większa podaż rodzi większe zapotrzebowanie na popyt. Co prowadzi do reklam, które ten popyt generują. Oczywiście dochodzi do tego konkurencja. Bo gdyby nie ona spece od marketingu nie byli by już dłużej potrzebni.
Wniosek nasuwa się jeden. reklamy nie da się pozbyć. No ale przecież są kompromisy. Jednym z nich jest nowy wynalazek marketingowy zwany reklamą natywną (z ang. native advertising). Tyle, że co to w ogóle jest? Okazuje się, że nasza wiedza nie jest zbyt rozbudowana w tym temacie. Z badań z 2014 roku wynika, że, 49% respondentów nie wie, czym jest native advertising, 24% kojarzy skądś tę nazwę, kolejne 24% rozumie tę koncepcję a tylko 3% posiada dużą wiedzę w tym temacie. 

Więc czym tak naprawdę jest reklama natywna. Nie ma na to jednej spójnej odpowiedzi. Każdy z wydawców tworzy swoją własną definicję. Dla jednych jest to content marketing, dla innych są to wszelkiego rodzaju artykuły sponsorowane. Ogólnie z wszystkich definicji można wyciągnąć jedną całość. Mianowicie reklama natywna powinna być „wydłużoną w czasie reklamą podprogową”, którą rejestrujemy, często nie zdając sobie sprawy, że to po prostu zwykła reklama. Powinna być ona integralną a nawet naturalną ścieżką wykonywanych akcji przez użytkownika w usłudze, dostarczać wartości dodane bądź zapewniać ciekawe wrażenia i doznania. Twórcy tego typu reklam powinni oczywiście pamiętać o tym, żeby nie uciec w skrajność. Bo co jeśli dojdzie do sytuacji, gdzie, żeby dotrzeć do informacji, która nas interesuje, musimy się najpierw przekopać przez setki reklam podprogowych umieszczonych w artykule.
Warto też wspomnieć, że reklama natywna nie jest zjawiskiem istniejącym tylko w internecie. Owszem, zostały one przez niego mocniej wypromowane, ale były używane już od dawna. Za przykład może służyć strona w książce, która umieszczona została tuż przed ostatnim jej rozdziałem w formie przedwczesnego zakończenia: „The End. If you smoke, statistically your story will end 15% before it should” (pol. „Koniec. Jeśli palisz, to statystycznie Twoja historia skończy się 15% wcześniej niż powinna). Na tym przykładzie widać o co chodzi. Reklama powinna się dobrze wpasować w daną treść, dzięki czemu nie odrzuca. Może nawet zainteresować. Różnica między tradycyjną reklamą sprzedającą a natywną kryje się częściowo na granicy dobrego smaku. Często celebryci reklamują jakiś konkretny produkt poprzez jego używanie. Reklama poprzez osobę publiczną. Jednak jest różnica pomiędzy nachalnym wyciąganiem telefonu konkretnej marki i komunikowanie całemu światu: “TAAAK UŻYWAM TELEFONU MARKI….”, a spontanicznym strzeleniu sobie selfie przez 11 gwiazd na gali rozdania Oscarów. Co daje lepszy efekt?

Całą ideą reklamy natywnej jest brak nachalności. Daje się do zrozumienia potencjalnemu odbiorcy, że istnieje taki a taki produkt, który daje takie a takie korzyści, ale robi się to subtelnie, prawie, że przez przypadek.

wtorek, 31 maja 2016

Presja cz.2

Praca w mediach nie zawsze jest taka straszna i wymagająca. Nie można zapominać o dziennikarstwie rozrywkowym. Luźnych tekstach satyrycznych, audycjach radiowych nastawionych na dzielenie się dobrą muzyką, czy programów o wszystkim i niczym czyli czystej rozrywce. Jest to bardzo duża gałąź mediów, która oczywiście jest nastawiona biznesowo( reklamy) ale jej celem jest zabicie czasu a nawet poprawa humoru odbiorcy. Dziennikarz, który prowadzi listę przebojów w radiu, lub pisze recenzje filmowe czy nawet prowadzi program typu talk show nie musi się martwić presją, lobbystami, i tymi wszystkimi mechanizmami, które tylko czekają, żeby rozgnieść nieuważnego autora między swoimi trybikami. Dla niego ważne jest, żeby bawić lud. Można się nawet pokusić o stwierdzenie, że taka osoba ma większą wolność medialną od pracownika news roomu czy gazety opisującej wydarzenia polityczne. Zawsze można przecież przemycić jakąś własną opinie w przerwie między utworami z naszej playlisty, którą ciężko układaliśmy. Żaden reklamodawca nie każe naszemu naczelnemu zwolnić nas za z jego zdaniem recenzję filmu.
Jedynym problem takiego dziennikarza jest to kiedy jego ulubiony zespół wyda nową płytę,czy kiedy jakiś celebryta powiedział coś na temat innego. Jest to mniej poważna, ale równie ciekawa odmiana pracy w mediach. Ludzie oprócz najświeższych informacji na temat ostatnich afer czy ustaw potrzebują także zwykłej prostej rozrywki, dobrej muzyki i durnych żartów, dzięki którym odstresują się po ciężkim dniu.

poniedziałek, 30 maja 2016

Presja cz.1

Reklamodawcy mogą być poważnym problemem dla dziennikarza. Nie raz zdarza się, że dziennikarz jest poddawany presji a czasem nawet zwalniany z redakcji za to, że źle opisał firmę, która akurat płaci okrągłe sumy jego redakcji. Reklamodawcy mają bardzo duży wpływ na treści zawarte w dzisiejszych mediach. Jest to jakaś forma manipulacji, i zatajania faktów przed czytelnikiem. Informacje są dozowane i kontrolowane. Można powiedzieć, że wolność mediów zależy od tego do kogo należą. Jest to duże zagrożenie dla młodych adeptów zawodu dziennikarza. Zbyt ambitni i pewni siebie początkujący mogą bardzo szybko zakończyć swoją karierę. Wystarczy jedno negatywne zdanie pod adresem któregoś z reklamodawców. Z drugiej strony człowiek zbyt strachliwy, mało pewny siebie staje się zwykłym narzędziem w rękach firm, które dosłownie dyktują mu co ma pisać. Ważne jest by umieć lawirować między tymi dwoma skrajnościami. Wiedzieć kiedy można się postawić a kiedy odpuścić albo złagodzić tekst bo można sobie samemu zaszkodzić. Można powiedzieć, że jest to smutne i mija się z ideą mediów ale takie są realia i jeśli się chce publikować i istnieć w mediach trzeba umieć znaleźć się w tym środowisku.

Czasem dziennikarz może być zmuszony do manipulowania, czasem jest manipulowany, czasem nie może być obiektywny, czasem musi być obiektywny na siłę. Niektóre wady pracy w mediach stają się zaletami, wszystko zależy od człowieka, który się styka z tymi mechanizmami.
Praca w mediach nie zawsze oznacza bycie dziennikarzem. Bardzo ciekawym zawodem jest rzecznik prasowy. Jest niezbędny rządowi jak i małej firmie. Troszczy się o wizerunek medialny swojego klienta, kreuje go a kiedy zajdzie potrzeba potrafi go uratować od medialnej nagonki. Osoba zajmująca takie stanowisko lub chcąca pracować w sektorze public relations musi znać wszystkie mechanizmy, które napędzają maszynę medialną, wiedzieć jak lawirować między nimi i jak je wykorzystywać. Powinien mieć dobre kontakty z dziennikarzami i poszczególnymi redakcjami oraz znać firmę, którą reprezentuje na wylot. Ważną cechą jest też odporność na stres i umiejętność szybkiego podejmowania decyzji. Często właściciele firm stawiają bardzo duże wymagania przed swoimi rzecznikami wymagając od nich wręcz niemożliwego. Zdarza się, że rzecznik musi manipulować i przeinaczać fakty na korzyść swojego klienta, nawet kiedy jest to dokońca zgodne z jego kompasem moralnym. Minusem tego typu aktywności zawodowej jest ciągłe bycie “pod telefonem”. Nie jest to praca od do gdzie po 16 już nic nas nie interesuje. Trzeba to lubić i się temu oddać, wręcz żyć tym. Wtedy dany człowiek jest wstanie osiągnąć prawdziwy sukces i być bardzo dobrym w tym co robi.

środa, 25 maja 2016

Reklamujące bankomaty

Reklama jest wszędzie. Na okrągło bombardują nas kolorowe spoty, bilbordy, jadąc autem słuchamy radia, gdzie non stop słyszymy głosy, które zachęcają nas do kupna nowych cudownych produktów. Otwierając gazetę obok tekstów ulubionego felietonisty widzimy obrazki oferujące nam najnowsze samochody, smartfony, kamery i inne różne ciekawe rzeczy. Można mieć wrażenie, że reklamy otaczają nas zewsząd. Nie ma miejsca wolnego od ciągłych i nachalnych ofert sprzedaży. Nawet w naszych domach. No bo jak? Włączamy komputer, żeby sprawdzić coś w sieci i widzimy miliony reklam. Włączamy telewizje, żeby obejrzeć nasz ulubiony program i zamiast tego widzimy kolejne spoty. Bywa to już wręcz nużące. Patrzymy na to wszystko i czujemy się zmęczeni, osaczani, bez należnego nam świętego spokoju. Czy spece od marketingu podbili już wszystkie możliwe środowiska?
Okazuje się, że tak. Jakiś czas temu wymyślono, że można przeprowadzać kampanię reklamową za pomocą bankomatów. I nie mówię tu o reklamach usług bankowych. Mówię o standardowych spotach reklamowych, które są nam serwowane podczas zwykłego, prostego wypłacania pieniędzy. Nawet nie można sobie spokojnie skorzystać z bankomatu, bez stania się celem nowej kampanii na przykład pepsi. O ludziach, którzy wpadli na ten genialny pomysł nie można zarzucić bezmyślności czy braku logicznego myślenia. Użycie bankomatów w reklamie jest genialnym pomysłem z perspektywy reklamodawców. A dlaczego? Bo Bankomaty znajdują się w punktach o bardzo dużym dziennym przepływie osób takich jak okolice przejść dla pieszych, przystanków komunikacji miejskiej oraz w centrach i galeriach handlowych. Można z nich skorzystać w sąsiedztwie kin, restauracji, budynków biurowych czy linii metra, na stacjach benzynowych, a także w oddziałach banków. 

Dzięki lokalizacji reklama w bankomacie może trafić do bardzo dużej liczby potencjalnych klientów, którzy bądź co bądź muszą się choć trochę skupić na wykonywanej czynności jaką jest wypłacanie pieniędzy. Dzięki temu z automatu poświęcą więcej uwagi na reklamę wyświetlaną na reklamie maszyny niż bezmyślnie przełączając programy w telewizorze. Dodatkowo w miejscach takich jak centra handlowe taki spot wbija nam w podświadomość na co mogli byśmy wydać nasze pieniądze. Przecież nie pojawiamy się w galerii handlowej bez powodu. Chcemy coś kupić. Nie zawsze do końca wiemy co. Reklama pomaga nam zdecydować. Oczywiście filmiki na ekranach to tylko jedna z możliwość bankomatów. Często możemy zauważyć je poobklejane znakami firmowymi jakieś banku czy innej instytucji chcącej nam coś sprzedać. Innym bardzo interesującym sposobem jest otrzymywanie ulotek wraz z pieniędzmi, które wypłacamy.

Człowiek uszczęśliwiony wyciąga swój plik nowiutkich banknotów, jeszcze pachnących, przelicza je, a tu nagle ciach! Ulotka z reklamą nowej pralki w bardzo promocyjnej cenie, którą możesz kupić jedynie w pobliskim sklepie. Co więc zrobić? Nic tylko pozbyć się naszej gotówki. Jakby tego było mało, “gotówkomaszyny” są na tyle sprytne, że potrafią dotrzeć z spotem do konkretnej grupy targetowej. Określają to po rodzaju transakcji, którą wykonujemy oraz po ilości pieniędzy, które wypłacamy.


Tak więc wniosek nasuwa się jeden. Nie ma takiego miejsca, które było by wolne od reklam. Niestety. Z drugiej strony, człowiek tak czy inaczej wyda swoje pieniądze. Dlaczego by odrazu nie pokazać mu gdzie może to zrobić?

niedziela, 22 maja 2016

Medialne Surykatki

Co wiemy o internetowych porównywarkach produktów? Pewnie nie wiele. Sama nazwa jest poniekąd dość obca. Ale nie idea. Jednym z polskich przykładów jest serwis ceneo.pl, gdzie możemy skonfrontować ceny różnych produktów. Jednak w Wielkiej Brytanii powstała jedna ciekawa odmiana porównywarek. Mianowicie dotyczące produktów finansowych, takich jak polisy ubezpieczeniowe, pożyczki i kredyty. Wydawać by się mogło, że takie strony są niepotrzebne. No bo skoro chcemy wykupić ubezpieczenie to pójdziemy do ubezpieczalni i sobie coś wybierzemy. Brytyjczycy myślą jednak trochę inaczej.

W dziedzinie porównywarek produktów finansowych w UK pierwsze skrzypce gra tak zwana „wielka czwórka” – Moneysupermarket.com, Gocompare.com, Confused.com i Comparethemarket.com. Pierwsza z nich jest najstarszą organizacją zajmującą się działaniami tego typu. Powstała ona w 1999 roku. Początkowo zajmowała się dostarczaniem informacji na temat kredytów hipotecznych. Nie poprzestała jednak na tym. Ciągły rozwój doprowadził do tego, że serwis stał się jedną z największych porównywarek produktów finansowych w Zjednoczonych Królestwach. W 2007 roku firma weszła na giełdę londyńską. Obecnie jej wartość wynosi około 843 miliony funtów. Całkiem nieźle jak na niepotrzebną nikomu stronę.
Chciałbym jednak przybliżyć innego członka “wielkiej czwórki”. Serwis Comparethemarket.com jest moim zdaniem najbardziej interesujący, dzięki swojej bardzo ciekawej i efektywnej kampanii reklamowej. Przedsiębiorstwo wpadło na pomysł użycia komputerowo stworzonej surykatki jako medialnej twarzy swojej firmy. Aleksander Orlov - tak nazywa się ta dystyngowany ssak z Afrykańskich pustyń. Jego aparycja i ujmujący sztuczny rosyjski akcent podbijają serca brytyjczyków od 2009 roku, kiedy to pierwsza reklama ujrzała światło dzienne. I to skutecznie. Firma dzięki tej bardzo udanej kampanii reklamowej w ciągu trzech lat podwoiła swoje zyski, co doprowadziło do przychdów wielkości 420 mln funtów. Cała idea kampani reklamowej polega na tym, że Aleksandr Orlov porównuje jego firmę do porównywania surykatek to porównywarki finansowej.

Mały sssak wystąpił w dziesiątkach spotów, pluszowe maskotki stworzone na jego podobieństwo sprzedają się jak świeże bułeczki, napisano nawet książkę o jego losach pod tytułem A Simples Life: The Life and Times of Aleksandr Orlov.


Każda z reklam jest bardzo ciekawa i przyciągająca uwagę. Człowiek czasami łapie się na tym, że czeka na następną by poznać historię rodziny Orlovów czy zobaczyć kolejne przygody Aleksandra. Oczywiście zamożna surykatka zawsze wspomni o możliwości znalezienia oferty taniego ubezpieczenia auta dzięki Compare The Market.